Felietony Styl życia

Straszne słowo na S – felieton

Suspensorium to straszne słowo. Spirulina trochę też. Spiekota, sromotnikowy, saturacja i satanizm nie znajdą się na liście moich ulubionych wyrazów. Za to na pewno znajduje się na niej SZCZĘŚCIE.

Suspensorium to straszne słowo. Spirulina trochę też. Spiekota, sromotnikowy, saturacja i satanizm nie znajdą się na liście moich ulubionych wyrazów. Za to na pewno znajduje się na niej SZCZĘŚCIE.

I wcale nie dlatego, że jakoś mam go obłędnie dużo, tylko dlatego, że wiem, że jeśli się odpowiednio skupię, to je sobie wyprodukuję sama, jak bohaterowie Braking Bad metamfetaminę.

Chociaż produkcja narkotyków mogłaby zrobić ze mnie bajecznie bogatą kobietę, to wolę jednak przerabiać wdepnięcie w psią kupę na dobry znak od kosmosu, niż chemikalia na biały proszek we własnej piwnicy. Bo przecież wszystko zależy od tego, jak patrzymy na nieszczęście, a nie od faktycznej wartości zdarzenia.

No, bo na przykład: co kupię bazylię to mi zdycha. No zupełnie nie wiem już co mam z nią robić. Przesadzałam – zdychała. Zostawiałam w spokoju – zdychała. Podlewałam – zdychała. Nie podlewałam – zdychała (to mnie akurat nie zdziwiło zupełnie). Nawoziłam – zdychała. Przycinałam – zdychała.

Stawiałam w słońcu, w cieniu, w półcieniu – za każdym razem zgon bazylii następował najpóźniej trzy dni od przyniesienia do domu. Próbowałam ją zachęcać do porzucenia postawy ofiary, ale mi nie szło, więc pomyślałam, że może wzbudzam w bazyliach pragnienie śmierci. Niestety ale nawet, jak się trzymałam od nich z daleka, to nie pomagało. Teraz, kiedy kupuję bazylię, upewniam się, że w lodówce są składniki na sałatkę. A potem zwyczajnie objadamy krzaka, zanim bazylia zdąży się zabić.

Przypomniała mi o tym przyjaciółka, wysnuwając teorię, że ludzie dzielą się na dwa typy: takich, którym się wszystko w życiu udaje i tych, którzy nic tylko mają pod górkę. Zaczęłam się zastanawiać… Czy to oznacza, że dzielimy się na takich, którym przyprawy w doniczkach więdną, jak bohaterki wiktoriańskich powieści z miłości i tych, którym zielsko obrasta parapety, wzbudzając zazdrość innych amatorów sałatki włoskiej?

A może to niekoniecznie chodzi o to, co komu urosło, a komu opadło, ale o nasze podejście do obu tych stanów?

Szekspir napisał, że nie ma rzeczy złych lub dobrych, to myśl czyni je takimi i właśnie tę tezę naukowo potwierdził psycholog Dan Gilbert. Według niego jeśli utkniemy w jakieś niefortunnej sytuacji, nasz mózg bez problemu sobie z nią poradzi, wmawiając nam, że właśnie tak miało być.

Nie macie pojęcia, jak bardzo cieszy mnie fakt, że ktoś przeprowadził takie badania i w końcu mam namacalny dowód na to, że chyba jednak nie należę do bandy wariatów.

Bo widzicie, gdyby moja rodzina założyła jakiś interes, nazywałby się „Widocznie tak miało być”. Za każdym razem, kiedy zdradzam sekret naszej życiowej filozofii komuś pozarodzinnemu, czuję się trochę jak głupek. No bo co myśleć o kimś, kto jest święcie przekonany, że wszystko będzie dobrze i każda rzecz, która mu się przydarza, jest częścią chytrego planu wszechświata?

Nie dostałam tej roboty? Trudno, tak jest lepiej. Jeśli sama nie bardzo jestem do tego przekonana wystarczy, że zadzwonię do mamy, albo siostry i one zaraz wyszukają co najmniej kilka powodów, dla których lepiej mi bez wymarzonej posady.

Czajnik się zepsuł? I tak był brzydki, a poza tym wytrzymał tyle lat, że nadawał się tylko do muzeum.

Facet zostawił? Przecież to matoł, co własnego zadka bez atlasu nie znajdzie i widocznie nie byliśmy sobie pisani.

Spaliłam korki, bo źle podłączyłam lampę? To się doskonale składa, bo przecież nic mi się nie stało i na przyszły raz już zapamiętam, który kabelek z którym lubi być w parze w kostce, a które się nie znoszą. Nawet najmłodsze pokolenie jest już dość wysoko zaawansowane w sztuce szukania szczęścia w nieszczęściu.

Na uniwersytecie Dana Gilberta przeprowadzono kurs fotografii, podczas którego studenci mogli obfotografować wszystko, co dla nich ważne, albo piękne, żeby potem nauczyć się samodzielnie wywoływać zdjęcia w ciemni. Następnie poproszono ich o wybranie dwóch ich zdaniem najlepszych, na których później uczyli się powiększać fotografie i w ogóle robić z nimi cuda.

Na koniec powiedziano uczestnikom kursu, że jedną z pięknych, wielkoformatowych odbitek mogą zatrzymać, ale druga zostanie zarchiwizowana, jako dowód na uczestnictwo w kursie, w siedzibie organizatora w Wielkiej Brytanii.

Jedni wybrali i nie mogli jeż tego odkręcić, bo powiedziano im, że materiały wysyłane będą za pięć minut, drugim dano tydzień na ewentualną zmianę zdania.

Okazało się, że ci bez wyjścia byli nie tylko idealnie zadowoleni z odbitki, którą postanowili zatrzymać, ale też z czasem coraz bardziej przekonani, że dokonali trafniejszego wyboru. Druga grupa była kompletnie niezadowolona, ich samopoczucia nie zmieniał fakt, czy z możliwości podmianki skorzystali, czy nie, a kiedy już nie mieli wyjścia* nadal mieli wątpliwości, czy aby nie utknęli ze zdjęciem które jest całkiem do bani*.

Gilbert podaje dodatkowo przykład: jeśli umawiamy się na randkę z gościem, który dłubie w nosie – zwyczajnie nie umawiamy się z nim więcej i szukamy dalej. Z kolei, jeśli utknęliśmy w małżeństwie z gościem, który zaczyna po paru latach dłubać w nosie, myślimy „Przynajmniej ma dobre serce”, a na głos mówimy „Kochanie, nie dotykaj keksu!”.

O Autorce

Dominika Hilszczańska w nosie nie dłubie, a jej odwieczna walka z bazylią mogłaby posłużyć za scenariusz do dramatycznego serialu obyczajowego. Zapraszamy do lektury innych felietonów autorki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *