Felietony Styl życia

Randka dojrzałej kobiety – felieton

Najszczęśliwsza jestem, gdy pieniądze mam zachomikowane na koncie. Kiedy już coś kupuję, serce mnie boli, jeśli nie ma na to przeceny. Straszna ze mnie sknera i już. Ale nawet ja lubię się czasem rozpieszczać.

Najszczęśliwsza jestem, gdy pieniądze mam zachomikowane na koncie. Kiedy już coś kupuję, serce mnie boli, jeśli nie ma na to przeceny. Straszna ze mnie sknera i już. Ale nawet ja lubię się czasem rozpieszczać.

Lubię ładne rzeczy, jak każdy. Przy okazji wiem na pewno, że ładność, to niezbyt rozsądne kryterium oceny, więc kiedy się do jakiegoś zakupu przymierzam, to upewniam się milion razy, że w ogóle mi to do czegoś potrzebne. Mam w domu trzy durnostojki i do końca świata będę się upierać, że musiałam mieć w chwili zakupu potężne zaćmienie umysłowe.

Nie zmienia to faktu, że doceniam przyjemność z gapienia się na witryny sklepowe. Najprzyjemniej takie lizanie przez szybkę uskutecznia mi się z własnej kanapy – przeglądarkę ze sklepem internetowym w każdej chwili można zamknąć. No i nie trzeba po wyjściu szukać samochodu przez godzinę na parkingu – doprawdy nie wiem, jak to się dzieje, ale ja swój ciągle gubię. Planuję zamontowanie w nim jakiegoś wyjca z kolorowymi, mrugającymi światełkami, żeby łatwiej było gada czterokołowego znaleźć.

Ostatnio odkrywam witryny internetowe, w których ze sporym rabatem można kupić krzesła, lampy, zatyczki do uszu, dmuchane zwierzęta i puszki z mordką Bambi przez kilka dni. Najbardziej lubię wypasione kuchenne utensylia. Bawię się w zgadywaniem, do czego może służyć ten i ów wymyślny kształt.

Myślałam, że patrzę na bardzo dziwne połączenie silikonowej łyżki do buta i szpatułki do przewracania placków na teflonowych patelniach. Założyłam okulary i odkryłam, że gapię się na wibrator. Na dodatek zdjęcie mam na cały monitor, a siedzę w salonie i nie jestem w domu sama.

Spaliłam największego raka w życiu i zorientowałam się, że nikt na mnie nie zwraca uwagi. Powolutku, z miną grzesznej pensjonarki wróciłam do oglądania.

To tak mogą wyglądać wibratory? Hmmm… Ciekawe… Nie, żebym w życiu nie widziała ani jednego, jednak te z wieczoru panieńskiego tak nie wyglądały. W dodatku ten przebrany za sprzęt kuchenny został wyróżniony nagrodą Red Dot, przyznawaną w kategorii wzornictwa przemysłowego! Tą samą, którą w tym roku dostał nieoceniony pomocnik Matki Polki – piekarnik naszej rodzimej Amiki.

Zaciekawiona zaczęłam grzebać w czeluściach przeglądarki internetowej i znalazłam całkiem sporo artykułów o wibratorach i zdobytych przez nie nagrodach. Przyznawanych przez całkiem sensowne instytucje (uściślam, że nie chodzi mi o te liczące się w… eee… branży)!

Muzeum Architektury i Designu w Chicago wspólnie z Europejskim Centrum Architektury, Sztuki użytkowej i Projektowania Urbanistycznego, co roku przyznają światową nagrodę Good Design w dziedzinach Grafiki Użytkowej i Projektowania. Na liście nagrodzonych w 2011 roku w kategorii osobiste znajduje się seria wibratorów, zaprojektowana przez Verenę Michaels.

Zarówno nagrody Red Dot, jak i Good Design ma na swoim koncie wibrator, który po złożeniu można z łatwością pomylić z myszką komputerową. Po rozsunięciu jest podobny zupełnie do niczego i kończy mi się wyobraźnia, kiedy próbuję rozkminić, co się z nim robi. Na szczęście przewidujący producent dołącza do niego mapkę, co gdzie przyłożyć i w ogóle, a na dodatek świecą mu w ciemnościach guziczki, więc jakby kto zgubił drogę, to się przynajmniej nie zgubi na amen.

Nagrodę Good Design zdobył też wibrator, o którym powiedziałabym, że przypomina wtyczkokrólika. Szybko go wygooglowałam, bo to trochę tak, jakby usłyszeć po raz pierwszy o trzech małych, białych muszelkach, których używa w toalecie bohater Człowieka Demolki i nie być ciekawym, co się z nimi robi. Tak samo i ja musiałam sprawdzić, co robi taki króliczek.

Wyniki wyszukiwania nie rozjaśniły mi niczego w tym temacie, za to znalazłam wywiad z założycielami firmy produkującej ten wynalazek. Po jego lekturze nie mogę dojść do siebie. Poświęcić tyle czasu na zastanawianie się jak zrobić przyjemność kobiecie? I jeszcze zaprząc do kombinowania inżynierów i artystów?

Pomijając fakt, że musieli być bardzo zmotywowani wizją przyszłych zysków, i tak w moich oczach są niemal świętymi. Moja wewnętrzna feministka planuje poprosić wszechświat, jak tylko znajdzie chwilę i mnie wysłucha, o życzliwość dla panów z tejże firmy za zaangażowanie.

Jednak skromna dziewczyna, wychowana w czasach bez podręcznika do przystosowania do życia w rodzinie, nadal się czerwieni i kombinuje, jak tu wyczyścić historię swojej przeglądarki.

A są w niej nie lada wynalazki

Masażery pokryte 24-karatowym złotem, podłączane do odtwarzacza MP3 i wibrujące w rytm kawałków muzycznych. Wibratory, które mają wbudowaną pamięć USB, więc można je ładować pracując na komputerze, a przy okazji przenieść zdjęcia dzieci na biurowego laptopa. Cała masa innych, równie pomysłowych.

Tylko smutno, że wysiłki twórców tych wszystkich gadżetów, mogą nie zostać docenione na tak szeroką skalę, jakby na to zasługiwały.

Oscar Wilde powiedział podobno, że Miłość do siebie to początek romansu na całe życie. W idealnym świecie kobiety kupowałyby swoim córkom koszulki z takim nadrukiem zamiast z wizerunkiem Barbie. W idealnym świecie kobiety od najmłodszych lat byłyby uczone tego, że mają być przede wszystkim ważne dla siebie, zamiast wszystkich dookoła.

Wówczas nie przeżywałyby takiego szoku w samolocie, kiedy przed startem stewardessa objaśnia, że w sytuacji awaryjnej należy maskę tlenową założyć NAJPIERW SOBIE, a dopiero potem dzieciom. Potrafiłyby przeleżeć w łóżku grypę, zamiast ukradkowo wycierać nos w chusteczkę, wypełniając wszystkie swoje obowiązki. Przy okazji robiąc herbatę z miodem mężowi i dzieciom.

Kobiety potrafiłyby być dla siebie dobre, kiedy mają słaby dzień, zamiast budzić w sobie wewnętrznego poganiacza niewolników. Pochwalić się same i poklepać mentalnie po główce nawet, jeśli plan tygodniowy nie został wykonany w stu procentach.

I w końcu może bez zastanawiania się wiedziały, czego chcą, potrzebują i co jest dla nich ważne. Pamiętałyby, żeby zawsze wysłuchać tej, którą zawsze zostawiamy na koniec – siebie.

Nie wiem, jak was, ale mnie najbardziej zawstydza fakt, że jacyś inżynierowie spędzają w życiu więcej czasu na myśleniu o tym, jak sprawić kobiecie przyjemność, niż większość z nas.

Tym razem nie zrezygnowałam z zakupu z powodu swojego sknerstwa. Zwyczajnie, jestem dziewczyną, która zanim przejdzie do części przyjemnościowej, woli poznać delikwenta. Czekając na kolejną przecenę wtyczkokrólików najpierw się sama ze sobą trochę poumawiam. Może kiedyś nawet doczekam się konsumpcji tego związku.

O autorce

Dominika Hilszczańska matkuje dwójce dzieci, pisze scenariusze i wydaje się mieć internet w małym palcu, jednak i ją może coś zaskoczyć. Polecamy Waszej lekturze pozostałe jej felietony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *